poniedziałek, 19 maja 2014

Stansted airport



Changed a sitting place from a floor to a couch  with hot coffee. Can’t feel any excitement…like a one way ticket journey was an ordinary trip. Maybe because feel confident about my decision and not afraid what tomorrow brings. Maybe thanks to my friends and family. Or maybe both.
People live and wait for something big to happen like an earthquake, death, marriage, giving birth, etc. while waiting for this big events they forget to appreciate ordinary every-day life. Those tiny bits like a smile from passing by person, sunshine or proper boots when it‘s raining.
All I’m trying to say is – enjoy what you have, appreciate single moments and collect your experience and memories, because this is what life is made of.

London visit (day 1-3)



Here I am, sitting on the Stansted airport floor, waiting for my new life to begin. Though, I think my new life has already started couple months ago and today, it’s just another step to it.
Let me tell you about last two days in London. I stayed at Kate’s flat and apparently one of us (not me) drugs strange things to happen.
Arrived on Saturday and Kate welcomed me with a small beer, which was exactly what I needed.
Left my bag at her place and started our “journey” to Hackney for London Fields Brewery. Gave Gemma a call (it was her fantastic idea to go there) and after 3h trip through the city with stops for more beers, we reached this picnic—style place. We had some beers and food and went to a place the name I can’t recall, where the taps stick out of the wall. We had countless amount of alcohol and round midnight decided to split. Gemma and Ady went home. Kate, Agata and I made our way home too, but with other stops on the way. It wouldn’t be interesting if not the fact of an unforgettable ride with a police car ;-) which I haven’t experienced ever in any country.
We stopped for a drink and 300 yards from home wanted to grab something to eat at KFC. Not that I like it but if you have no other option… So there we were deliberating on KFC food when aggressive and drugged girl attacked Kate. To make a long story short, Kate’s fine, we had awesome ride with a police car and the girl was arrested.
Still came home late at night, visiting Damian and Jarek on the way, drinking more to ease the nerves almost watching sunrise.
The other day was less spectacular. Huge hangover and a target to get to the Tate Modern. So we did some sightseeing, went to The Tate, had a drink in a rooftop champagne bar and went for a bbq at Damian’s house. Many new friends, warm welcome and delicious food.
And today, spending ages at the airport, met Massimo and Marco, who came for wine fairs, missed their plane and asked me if I could book another flight for them using my laptop :-)
Wonder what happens next? :-) Lucy, I’m coming to GC. Expect the unexpected.

środa, 23 kwietnia 2014

Hipster, Hippie, Homeless, Happy 

Read an article once - „Date a boy who travels”. At first couldn’t understand why a free spirit man can be interesting. After all, he’s got no money, house, car, social position… How clichéd it was!
After so many years spent in international corporations, trying to live a dream of a big city life, building my career and position, still was aiming goals I couldn’t reach…, still couldn’t fit the bill.
In everybody’s life there comes a time for a change. Some people decide to quit a job, change a flat, buy a dog, have a baby, split or just do something impacting their life.

So I read this article again… more like a theory, acquired knowledge about the “boy” who’s priority is experience, travel, sun, meeting new people and cultures, adventure passionate with constant smile and curiosity on his face. Always tanned with faded out hair.
Back then, it was a black magic to me. Still, picked a place on a map and decided to go. After 5 months of planning (old me, but much cheaper than last minute vacation) there I was – ready and excited… quit my job and got on a plane. At that time didn’t know what to expect and already thought I was the happiest girl in the world.

Cape Verde – little island archipelago on the Atlantic Ocean. This was a place where black magic became real magic
:-)
The way of living, the way they perceive day-to-day life, their culture, possibilities or better say lack of perspective, how friendly and happy in life they are. It all influenced me.
But it wouldn’t be interesting if not the fact of meeting actual “boy who travels”. And not only one, but many men and women living like a free spirit.

As we all know, every type o living has its pros and cons, but this was something new, exciting and made me realised I’ve made a good choice.

It wasn’t easy to say goodbye with the Sal island…even harder with people I’ve met there. 
So there I was! Lost in Warsaw, city I love…, city I was born and raised in, city I decided to leave instantly. 
It wasn’t that instant as I expected :-) Still, set for sale everything I could, left my flat, made a “holiday representative/pilot” course and was ready to go. Packed 7 years of my life and momories in boxes, stored in my mum’s house. Excited of unknown. Did some pilot/coordinator trips to France, which taught me a lot and here I am – “visiting” Poland for 2 weeks on my friend’s couch, with one suitcase, thinking what’s next?
 So, back to the “boy who travels”… He became my friend and support, my guide in the new way of living. His positive attitude, smile and experience helped me the get through a hard time and moments of doubts and hesitation. Funny how we change under influence of other people. Though,  I’ve changed my life not because of a specific person but this person’s influence helped me to last in my resolutions. So, thank you, “boy who travels” :-) and good luck on your new adventure.

Let’s not make an Oscar night from this note, but I want YOU, all my friends, to know, you give me wings, being supportive ;-)
3 weeks on Cape Verde was a life changing experience to me and I recommend it to anyone who struggles in life, not knowing what to do. I’ve experienced and learned more for last 4 months than i have for last 4 years of my “previous” life.
You may call me hipster or hippie (heard from a friend today), maybe I feel homeless but I’m finally happy :-D

23 April, 2014 – only me with a little suitcase, not much money in my pocket, not sure what happens tomorrow…
Next stop – Gran Canaries. Stay tuned ;-)



poniedziałek, 27 stycznia 2014


Pierś z kurczaka nadziewana blanszowanym szpinakiem w sosie z sera gorgonzola i wina
 
Tak wiem. Długo nie pisałam. A tym bardziej o gotowaniu. Przez ostatnie 4 miesiące wiele się wydarzyło, ale o tym opowiem w oddzielnym wpisie.
Pewne jest, że przez ten czas jadłam i to dość smacznie. Teraz chciałabym zaproponować Wam pierś z kurczaka nadziewaną blanszowanym szpinakiem w sosie z sera gorgonzola i wina.

Najważniejsze jest przygotowanie, więc jak zwykle zaczynamy od umycia rąk i nalania kieliszka wina J

Składniki na danie dla 2 osób:

2 piersi z kurczaka
2 opakowania liści szpinaku lub 1 opakowanie mrożonego szpinaku Hortex (serduszka)
Ser gorgonzola 250g.
Śmietana 12% 250 ml.
Szklana białego wina,
2 łyżki masła
Czosnek, sól, pieprz, gałka muszkatołowa
Uśmiech i wykałaczki

Przepis:

Zrób nastrój - Napij się wina, a następnie umyj piersi… te z kurczaka. Przekrój je wzdłuż, tak by mięso było cienkie. Jeśli masz kota lub psa, nie zapomnij podzielić się z nim kawałkiem mięsa J
rozłóż  mięso na desce i dopraw do smaku (sól, pieprz, świeżo starta gałka muszkatołowa).

Rozgrzej wysoką patelnię lub rondel. Włącz termo obieg w piekarniku na 180 stopni.

Następnie opłucz szpinak. Dobrze jest go odwirować w wirówce do sałaty, by nie ociekał wodą, dlatego, że za chwilę wrzucisz go na rozgrzaną patelnię. Im bardziej suche liście tym mniej się przypalą, a odpowiednio zblanszują.
Do rozgrzanego rondla wrzuć 1 opakowanie świeżego szpinaku lub 6 serduszek mrożonego. Czekając aż się zblanszuje i straci objętość, napij się wina. Następnie pokrój 2 ząbki czosnku w plasterki i dodaj do szpinaku wraz z łyżką masła. Masło doda smaku i pozwoli, by czosnek puścił aromat. Gdy składniki się przegryzą, zdejmij rondel z kuchenki (wyłącz gaz).
Czekając, aż szpinak ostygnie, napij się wina
J

Na przyprawione piersi, po grubszej i szerszej stronie, połóż cienki plasterek sera pleśniowego (typu) gorgonzola i porcję wystudzonego szpinaku. Zroluj kurczaka i przebij wykałaczką.
Na rozgrzaną patelnię wlej łyżkę oleju rzepakowego (jak wcześniej wspomniałam jest najzdrowszy do smażenia) i gdy osiągnie odpowiednią temperaturę, połóż na patelnię roladki z kurczaka. Obsmaż z każdej strony i wlej szklankę białego wina, poczekaj aż połowa odparuje.


Przełóż obsmażone roladki do naczynia żaroodpornego i wstaw do piekarnika na ok.15 min, grzejąc od góry.

Na patelnię po smażeniu i duszeniu w winie wrzuć pokrojony ser (typu) gorgonzola i wlej 250 ml. Śmietanki, zetrzyj odrobinę gałki muszkatołowej.

Jeśli używasz świeżego szpinaku drugie opakowanie można przeznaczyć na świeżą sałatę. Można dodać świeże lub suszone pomidory, orzechy włoskie i wykorzystać sos serowy również do sałaty.

Ja przygotowałam danie bez węglowodanów, ale dla chętnych proponuję ryż dziki lub bassmati.

 
Smacznego!

 

 

wtorek, 12 listopada 2013

Krem z dyni


 

Po ostatnim weekendowym wyjeździe, który upłynął pod hasłem „Za rosół”, którego nie udało mi się zjeść oraz dlatego, że obiecałam, poniżej podaję przepis na krem z dyni.

Oczywiście sposobów jest wiele, więc nie będę podawała różnic i alternatyw w trakcie pisania, żeby nie namieszać w przepisie.

Pierwszym etapem jest przygotowanie. Umyj ręce i nalej sobie kieliszek wina ;-)

Składniki:

Dynia ok. 2kg

Włoszczyzna mrożona lub gotowy zestaw surowych warzyw na zupę

 4 marchewki

Gałka muszkatołowa, sól, pieprz, liść laurowy i ziele angielskie

Ser lazur lub kozi – alternatywnie

Garnek ceramiczny lub teflonowy, co ułatwi ronienie dania jednogarnkowego.

Przepis:

Weź duży, ciężki i przede wszystkim ostry nóż. Pokrój dynię na mniejsze kawałki np. na ćwiartki.

Ze środka wyłyżeczkuj lub wytnij gniazda nasienne i obierz dynię ze skóry. Pokrój dynię w kostkę.

Obierz marchewki pokrój w grube plastry.

Marchew z dynią wrzuć na rozgrzaną patelnię. Żeby nie przywarły, skrop warzywa oliwą, oprósz solą i pieprzem.

Ten proces zmiękczy warzywa i dzięki obsmażeniu wyciągnie z nich naturalną słodycz. Gdy warzywa będą przyrumienione i delikatnie zmiękczone, dosyp mieszankę warzyw rosołowych. Ja używam mrożonych, by oszczędzić czas przy obieraniu i siekaniu.

Wszystko zalej zimną wodą, dorzuć liść laurowy i ziele angielskie, które przed miksowaniem trzeba wyjąć.

Gotuj przez około 2 kieliszki wina, czyli 30 minut pod przykryciem i 10 min bez pokrywki. Wyłącz gaz i zblenduj na gładką masę po wyjęciu liścia laurowego i ziela angielskiego.

Dopraw do smaku gałką muszkatołową, najlepiej świeżo startą.

Przy podaniu można pokruszyć na wierzch sera pleśniowego typu lazur, gorgonzola lub miękkiego koziego i gotowe.

Porada:

Z uwagi na gabaryty dyni, robiąc zupę upewnij się, że masz nią kogo poczęstować lub jest miejsce w zamrażalniku, by przechować nadmiar.
SMACZNEGO :-)

poniedziałek, 30 września 2013

Mój Pierwszy Raz



Tytuł zapewne zaciekawił większość :-)
Na swoim blogu dużo o tym piszę, jakby stało się moją obsesją. Jak młoda matka, której cały świat kręci się w około swojego pierwszego dziecka, tak biegacze potrafią godzinami wymieniać się opiniami i spostrzeżeniami, mówiąc to z entuzjazmem godnym wizyty papieża w domu. I myślę, że każdy, kto tego spróbował, przyzna mi racje. Gdy choć raz poczujesz, jak ból zamienia się w przyjemne ciepło, a po 30km ogranicza ruch, gdy czujesz, że pokonujesz swoje słabości, gdy walcząc z zaburzoną motoryką, nie czując nóg, biegniesz dalej, bo to jedyne, co wydaje Ci się w danej chwili najważniejsze, gdy następnego dnia uśmiechasz się pod nosem, czując fizyczne wspomnienie wczorajszego sukcesu, jesteś z siebie dumny. A to największa nagroda.

Miałam napisać o tym przed, bo jestem tchórzem, bez wiary w siebie. Przygotowania były dla mnie ważne, bo skoro nie jestem „silna” to przynajmniej technicznie i taktycznie będę przygotowana. Testy ubrań, skarpetek, żeli, ilości spożytej wody, wybór śniadania przed, czy w czapce czy w krótkim rękawku itp. Może się to wydawać obłędem, ale myślę, ze wszyscy bez względu na płeć mieli te same obawy.
Mój pierwszy raz okupiony był ogromnym stresem, stopniowym poznawaniem trasy, planowaniem menu na tydzień od startu, regulacją czynności fizjologicznych, odpowiednim nawodnieniem i przyzwyczajaniem ciała do wielkiego wysiłku, obciążenia oraz wstrząsów wewnętrznych, bo mi, jako żółtodziobowi mogło przytrafić się coś w rodzaju wybuchu małej bomby atomowej w człowieku.
Nie dość, że bolą stawy i mięśnie, to jeszcze trzeba zmagać się z wewnętrznym bólem, który przechodzi dopiero parę DNI po skończonym biegu.
Mimo, że opowiadam o tych mało przyjemnych efektach biegania, to nie ma większej nagrody niż endorfiny wypełniające cały organizm od zmęczonych stóp po czubek spoconej głowy. A na twarzy pojawia się uśmiech. I choć, gdy przebiegłam linię mety nie mogłam iść i wtedy wydawało mi się to katorgą, dziś zastanawiam się, czy mogłam dać z siebie więcej i planuję kolejne treningi, które zapobiegną temu co wydarzyło się na trasie.

A na trasie było tak: :-) Po krótkiej rozgrzewce z Tomkiem, który od kilku miesięcy dodawał mi otuchy i zarażał pozytywną energią, zajęliśmy swoje pozycje startowe. On gdzieś w tłumie z przodu, ja nieśmiało gdzieś w ogonie :-) Wszyscy dookoła skakali, rozciągali się, robili wygibasy, a ja tylko stałam jakby z wyłączonym dźwiękiem i czekałam na start. Początek jest bardzo przyjemny, bo biegnie się dość wolno w tłumie, ludzie machają, muzyka gra i jest całkiem sympatycznie. Już po pierwszych 5 km panowie obsikiwali wszystkie dostępne krzaki na Bonifraterskiej, ustawiali się w kolejkach do Toi Toi, jakby te 5km wcześniej o tym zapomnieli ;-) Na trasie mija się przeróżne grupy biegaczy: Ja wyróżniłam biegnących na tętno („Heniek zwolnij, bo mi tętno skacze”), biegnących na czas („biegniemy za szybko, musimy zwolnić, bo to nie jest zgodne z planem”) i moje ulubione grupy „balony” – zbite grupki „zawodowych” biegaczy prących przed siebie oby tylko mieć balon pacemakera w zasięgu ręki. Powodowało to lekkie zamieszanie na trasie, bo albo blokowali całą szerokość trasy albo tratowali biegnących wolniej.

Na szczęście kibice dawali z siebie wszystko. Nie spodziewałam się, że ich rola będzie tak ważna w naszym biegu. Oprócz stojącego muru ludzi, którzy wykrzykiwali nasze imiona, gwizdali, machali, przybijali piątki i klaskali, było też kilka rzucających się w oczy kibiców. Widziałam małą dziewczynkę machającą z balkonu, mamę jakiegoś Tomka krzyczącą, skaczącą i skandującą jego imię z takim entuzjazmem, że uśmiech pojawiał się na twarzy, ekipę dopingującą Wojtka, która przemieszczała się na rowerach i co jakiś czas wyskakiwali w transparentem, był chłopak z megafonem, krzyczący na 10 km, że już niedaleko, ktoś na Ursynowie z wieżowca wystawił głośniki i puszczał energetyczną muzę, na KEN w tłumie znalazła mnie Lilia, a na trasie co kilka kilometrów były napisy, świeżo namalowane, zagrzewające „Rudą” do walki. Nie jestem pewna, ale to chyba ta Ruda, którą poznałam dzień wcześniej ;-) Nie mogę oczywiście zapomnieć o silnej grupie pod wezwaniem w Lemingstadt, czyli kibiców z miasteczka Wilanów, którzy robili hałas słoikami wypełnionymi grochem oraz kontrowersyjnej grupie kibiców z ulicy Arbuzowej. Wszyscy Ci ludzie, bez względu na powód, dla którego właśnie wtedy znaleźli się przy trasie maratonu, dawali niesamowitą energię i szczerze uważam, że bez nich nasze wyniki były by słabsze. W całej tej litanii podziękowań i zasług, chciałabym wymienić trzy osoby: Arka, który zrobił ze mną próbne długie wybieganie i poświęcił masę czasu, nudząc się na rowerze :-), Anię, która mając swój upragniony wolny weekend przyszła powitać mnie na mecie i oczywiście osobę, która wspierała mnie od początku, a oprócz tego „tachała” mój tobołek z rzeczami na „po” witając mnie na mecie – Magda :-)
Zrobiło się łzawo, więc chciałam tylko dodać, że biegłam dla dziadka Tolka, który ostatnio przeszedł operacje oraz ku pamięci babci Ewy, która umarła w lipcu.

Na trasie spotkałam jeszcze takie indywidualności, jak bosego biegacza, pannę młodą i jakiegoś oszołoma w majtkach i hawajskim wieńcu, który bardziej przypominał uczestnika techno parady, niż maratonu, ale podobno wykręcił niezły czas :-) Niesamowita jest ta atmosfera jedności, i solidaryzowania się z innymi uczestnikami, bo przecież kto może być bardziej empatyczny w danym momencie, jak ten,  który podziela Twój los.
Umysł ludzki szybko wypiera z pamięci ból i choć przez połowę maratonu w głowie padały następujące stwierdzenia: „po co to?”, „co ja tu robię?”, „to jest pierwszy i ostatni raz”, to dziś nie mogąc nawet truchtać, myślami wybiegam już w przyszłość i obmyślam nowy plan treningowy, by wyeliminować wpadki na trasie :-)

Jestem zupełnym żółtodziobem, a start w maratonie to nie tylko zmuszenie organizmu do olbrzymiego wysiłku. To pracowanie nad silną wolą, okupione seria wyrzeczeń, to pokonywanie własnego umysłu i doświadczanie długotrwałego bólu, jakiego normalnie nie mamy szans doświadczyć. Zawsze pociesza mnie takie stwierdzenie „ Gdyby to było takie proste, to każdy by startował”, więc może jest w nas, biegaczach coś wyjątkowego? :-)

piątek, 23 sierpnia 2013

Bieganie



Minęło sporo czasu od ostatniego wpisu i wiele też się wydarzyło.
Była super impreza urodzinowa, umarła moja babcia, „szlajałam” się po lekarzach z różnych niewyjaśnionych powodów, a to wszystko przeplecione melanżami, przeprowadzką firmy i próbą pozostania w formie mimo konieczności odstawienia biegania na 2 tygodnie.
Ostatnio spotkałam się ze starym znajomym, który wpadł z wizytą do Polski i poprosił bym napisała mu parę rad dotyczących biegania, rozgrzewki, ćwiczeń dodatkowych itp.
Oczywiście nie jestem ekspertem, ale wspierając się na doświadczeniu i radach mojego trenera oraz wyciągając własne wnioski ponownie na blogu GotujeNaBosaka rozwinę się w temacie sportowym :-)
Grochu, bo Tobie dedykuje ten wpis,
Na wstępie zachęcam do przeczytania innych moich wpisów dotyczących biegania, żebym nie dublowała informacji.
Jeśli chodzi o sprawy związane stricte ze sportem to zaczynamy od „rozgrzewki”.
Zauważyłam, że każdy powinien podejść do tego indywidualnie, w zależności od tego, co jest jego słabym punktem lub na co chce postawić nacisk.
Załączam link, z którym zgadzam się w 100%. Zwróć uwagę na każdy szczegół jego wypowiedzi np. rozciągamy rozgrzane mięśnie, a nie takie, które „wstały” dopiero od biurka, czy z łóżka ;-) Większość osób popełnia ten błąd, że jak tylko założą buty do biegania to zaczynają od rozciągania – NIE!!! Rozciągamy rozgrzane mięśnie i ścięgna.
http://www.youtube.com/watch?v=PPaMKwTxlTc

Dla mnie osobiście najważniejsze przed biegiem jest rozgrzanie stawów skokowych i kolanowych oraz przywodzicieli i korpusu, by ciało podczas biegu pracowało naturalnie do kierunku biegu i nie było spięte po całym dniu siedzenia. W tym celu  „macham rękoma” w różnych płaszczyznach :-)
Jeśli chodzi o techniki biegowe to nie powinnam się na ten temat wywiadać, ponieważ tego powinien uczyć Cię doświadczony zawodnik, na podstawie oceny Twoich umiejętności i możliwości. Jest również parę szkół na ten temat, więc nie będę tu mędrkować, natomiast załączam link, który wiedzie do serii 10 lekcji biegania, prowadzonych przez państwa Staszewskich.
Polecam wszystkie ćwiczenia z lekcji pierwszej. Ja wykonuje je dopiero po skończonym treningu biegowym, gdy ciało jest rozgrzane. Osobiście uważam, że cała seria tych filmików jest dobrym wprowadzeniem do biegania.
Tam również jest lekcja poświęcona rozciąganiu po biegu – a już wcześniej o tym pisałam, że rozciąganie jest bardzo ważne.

Ćwiczenia siłowe
Bieganie w sensie technicznym to nie tylko przebieranie nogami. Na to jak biegniemy ma wpływ wiele czynników. Zaczynając od góry naszego ciała chciałabym krótko omówić partie mięśni, które mają ogromne znaczenie przy bieganiu.

  1. Ramiona
    Ważna część ciała przy balansowaniu ciałem. Prawidłowe utrzymanie rąk pozwala na ułatwienie poruszania się w odpowiednim kierunku. Tzn. biegnąc mamy ręce ugięte w łokciach pod kątem 90⁰ i poruszamy ręką w barku „przód – tył”. Dzięki takiemu ruchowi, naturalnie ułatwiamy poruszanie się podczas biegu. Zwróć uwagę, by nie biegać na „boksera”, ponieważ, gdy ręka przekracza oś ciała, w naturalny sposób hamuje Twój ruch do przodu. Techniki na „boksera” używamy przy zbieganiu. Dzięki temu naturalnie wyhamowujemy ciało, nie narażając przy tym ciała na pracę dodatkowych mięśni, co za tym idzie na marnowanie potrzebnej nam energii.
    http://www.youtube.com/watch?v=BBCP7Zp96zQ

  2. Brzuch
    Odgrywa bardzo ważną rolę przy bieganiu. Ja cieszę się z faktu, że biegając mięśnie pracują i nawet, gdy tego nie czuję, wiem, że zrobiłam trening na brzuch. Jednakże, to za mało.
    Mięśnie brzucha utrzymują korpus w poprawnej pozycji, utrzymują nasze narządy wewnętrzne, tak by nie zostały potraktowane, jak podczas wirowania w pralce. Kiedyś sama się o tym przekonałam, gdy po 20 km biegu na dwa dni straciłam apetyt. Dlaczego? Bo ciało nie było przygotowane na taką ilość wstrząsów.
    Mięśnie brzucha, podobnie jak mięśnie kręgosłupa, w tym lędźwiowego, wyznaczają symetrię ciała i dobrze ukształtowane, wspomagają bieg. Jacek pokazał mi takie proste ćwiczenie na jednym z treningów, które baaaardzo obrazowo uświadomiło mi, że muszę popracować nad mięśniami brzucha oraz pleców. Biegnąc, złącz proste w łokciu ręce przed sobą. Jeśli w trakcie biegu majtają się na boki to znaczy, że całym ciałem łapiesz równowagę, bo mięśnie brzucha i pleców są za słabe. Drugim testem jest złączenie rąk za plecami luźno opadających. Gdy się majtają – to samo :-)
    http://www.youtube.com/watch?v=a-b6wuLhCrQ
  3.  Odcinek lędźwiowy kręgosłupa
    Biegając rekreacyjnie, obciążamy stawy. Nasze ciało nie jest do tego przyzwyczajone, ani nie zostało do tego stworzone. Gdy dojdzie do tego niepoprawna technika biegu, skrzywienia kręgosłupa, zbyt słabe mięśnie brzucha i/lub dysproporcja w sile między prawą a lewą stroną ciała, przeciążenie mięśni kręgosłupa i tzw. siadanie kręgów gwarantowane. Dlatego załączam krótki film o ćwiczeniach na kręgosłup. Są statyczne i spocić się raczej przy nich nie można, ale to bardzo ważne.
    http://www.youtube.com/watch?v=CzjiEyxftKw

  4. Pośladki, Uda (mięśnie dwugłowe i czterogłowe) oraz łydki
    Zacznę od linku do ćwiczeń na pośladki i nogi
    http://www.youtube.com/watch?v=9ni1TO_asTE

    Nogi to siła napędowa każdego biegacza. Jacek mówi, że większość sukcesu biegowego zależy od siły nóg. Zgadzam się z tym, że siła nóg jest ważna, bo po sobie obserwuje różnice. Nogi to taki wdzięczny element naszego ciała, że możemy je ćwiczyć wszędzie, o każdej porze i bez specjalnych przyrządów. Wchodzenie po schodach, zamiast windy, martwy ciąg, przysiady, unoszenie nóg do brzucha, od osi ciała na stojąco i w podparciu. Leżąc na plecach, uginamy nogi i podnosimy pupę do linii prostej z brzuchem. W trakcie treningu biegowego, podbiegi i sprinty oraz skip A B i C.
    Linki do skipów
    http://www.youtube.com/watch?v=fdKdTxZ6cMI
    http://www.youtube.com/watch?v=lwfpfRPWgL4
    http://www.youtube.com/watch?v=OLuNJKmZtNw
    W skipach istotne jest to, by wykonywać je dokładnie, by używać przy tym rąk, tak jak przy bieganiu, nie odchylać kręgosłupa i starać się wykonać jak największą ilość powtórzeń na jak najkrótszym odcinku. Sprężyście i energicznie.

Poza ćwiczeniami istotna jest również dieta oraz odstępy między posiłkami. Pisałam już o tym, więc tylko napomknę:
  1.  Jemy małe porcje co 3 godziny
  2.  Z czasem możemy sobie pozwolić na większe porcje, bo organizm sam się będzie domagał, ale nie przesadzamy, tłumacząc się, ze spalę jutro ;-)
  3. Jemy białko: mięso, nabiał, ryby, soję, tofu, jajka (zależnie od upodobań żywieniowych)
  4. Jemy warzywa: strączkowe, surowe, mniej gotowanych chyba, z e są w postaci dodatku do sosu
  5. Pamiętaj o jedzeniu owoców – one dostarczają naturalnych cukrów do organizmu
  6. Nie popadajmy w skrajności – na czekoladę tez czasem możemy sobie pozwolić ;-)
  7. Pijemy ok.3-4 litrów wody dziennie. Jeśli biegamy, to taka ilość jest zupełnie naturalna. Dzięki dobremu nawodnieniu w ciągu dnia, na treningu nie czujemy pragnienia zbyt szybko.
  8. Trening zaczynamy co najmniej 1,5h po spożytym posiłku. W skrócie: organizm po jedzeniu koncentruje się na trawieniu, dostarczeniu tlenu i poborze substancji odżywczych, co oznacza, ze nie powinien w tym samy czasie być narażony na duży wysiłek fizyczny. Zaczynając trening powinniśmy mieć poczucie strawionego posiłku. Nie najedzony = nie głodny.
  9. Myślę, że nie ma co robić z nas świętych, ale alkohol przydałoby się ograniczyć ;-)
  10. Przy regularnym bieganiu polecam suplementy takie jak magnez, żeby zapobiegać skurczom, zestaw witamin, artresan lub inny suplement o podobnym składzie na stawy i bolące kolana.
Grochu, mam nadzieję, że ten przydługi wywód Ci się na coś przyda. Gdybyś miał pytania, pisz :-)
Tym czasem miłego biegania